sobota, 30 maja 2015

Rozdział 15

- Dlaczego niektórym słowo kocham przychodzi z takim trudem?
- Bo wymawiając je stajesz się bezbronny.
Nora Roberts


Chciała zapomnieć raz na zawsze. O Marco, o pocałunku, o tym jaka jest słaba w obecności blondyna. Jej nabrzmiałe wargi nie pozwalały Jej na to, ciągle czuła smak ust Niemca i sama nie mogła uwierzyć jak mogła pozwolić na ten incydent. Jeszcze przed chwilą miała ochotę rzucić się na Reusa nie zważając na inne okoliczności, zupełnie jakby postradała zmysły. Z rozmyślań wyrwał Ją głos Ann dochodzący zza drzwi, która nawoływała brunetkę na śniadanie. Z niepewnością zebrała się w sobie by zejść na dół, nie zdążyła jeszcze ochłonąć a czekało na Nią starcie z piłkarzem. Pocieszała Ją jedynie myśl, że nie będzie z Nim sam na sam. Schodząc powolnie ze schodów ku Jej niezadowoleniu zauważyła, że wszyscy siedzą już przy stole, przyspieszyła więc kroku i usiadła na przeciwko blondyna, który postanowił nie spuszczać z Niej oka. Amanda zaś błądziła oczami dookoła byle nie spotkać się ze wzrokiem Marco.
-Ładna dziś pogoda, może przejdziemy się na stok?- zapytała Ann pełna rumieńców spoglądając na resztę towarzyszy. Wszyscy jak jeden mąż entuzjastycznie wyrazili zgodę na to przedsięwzięcie jednak pewnej osobie przy tym stole zamigała lampka awaryjna w głowie.
-Wiecie co? Idźcie sami, ja dość kiepsko się czuję- stwierdziła patrząc przy tym ukradkiem na Marco,który zwęził swe oczy czując co się szykuje.- Zostanę w domku ale Wy bawcie się dobrze- dodała.
-Źle się czujesz? Przecież nie zostawimy Cię samą. Najwyżej przełożymy to na później- odparła stroskana przyjaciółka Amy lustrując Jej osobę.
-Ale nie ma sensu, żebyśmy wszyscy zmieniali swój plan dnia zostając z Amy- dodał Reus i zanim zdążył skończyć brunetka przemówiła:
-Właśnie, jestem dużą dziewczynką i poradzę sobie sama. Nic mi nie jest.
-Chciałem powiedzieć, że nie ma sensu aby Ann i Mario psuli sobie dobrą zabawę, bo ja zostanę również w domku. Sam nie najlepiej dzisiaj spałem to przy okazji odpocznę i będę miał oko na Amy- odrzekł wprawiając tym Amandę w osłupienie. Rozdziawiła szeroko swe oczy jak i usta czując jak ktoś pod stołem dotyka Jej nogi. Cofnęła energicznie część ciała piorunując wzrokiem Marco.

-Dobrze a więc ustalone- odparła uradowana Ann klaskając w ręce. Mario krzyżując ręce na piersi przypatrywał się żonie ze stoickim spokojem. Dobrze wiedział dlaczego blondynka o mało co nie podskoczyła do nieba.
***
Podążyła do swego zajmowanego pokoju by zamknąć się na cztery spusty i nie pokazywać nikomu. Jedyne na co miała teraz ochotę to zasnąć i obudzić się dopiero gdy skończy się ich przygoda w górach. Niestety, musiała wytrzymać jeszcze dwa dni a to z perspektywy zdarzeń wcale nie wydawało się być łatwe. Przykrywając się szczelnie kocem ułożyła swe ciało na łóżku i dopiero wtedy poczuła jaka jest zmęczona. Nie spostrzegła się nawet gdy Morfeusz porwał Ją w swe objęcia.
***
-Dobrze wiesz, że nie powinniśmy nigdzie iść- stwierdził Mario tarasując drogę blondynce.
-O co Ci chodzi? Idziemy przejść się na stok czy będziesz tu tak stał i udawał wieszak?- nie tracąc dobrego humoru Ann próbowała wyminąć osobę Goetzego w drzwiach jednak nie dała rady. Mario ujmując żonę za łokieć wprowadził Ją spowrotem do środka pomieszczenia.
-Dobrze wiesz, że Oni się pozabijają. Widziałaś jak Amy patrzyła na Marco?. Jakby Go chciała poćwiartować i wyrzucić przez okno.- dodał Niemiec.- Nigdzie nie pójdziemy i nawet o tym nie myśl.
-A właśnie, że pójdziemy i choćbym miała Cię wziąć na barana to pójdziesz ze mną! Oni się kochają do cholery! Nie widzisz tego? To niemożliwe, że już nic do siebie nie czują, nie uwierzę w to i już! A teraz zbierz te szanowne cztery litery i chodź ze mną albo zostawię Cię w najbliższym lesie, będziesz niezłą przekąską dla niedźwiedzi.
-Wcale nie jestem gruby!- odparł Mario zapominając o celu swej przemowy. Podążył za żoną dotrzymując Jej kroku.
***
Mimowolnie otworzyła oczy czując na sobie przenikliwe spojrzenie. Zdążyła uchylić ledwie powieki i zdawało Jej się, że znowu śni. Wielkie źrenice Marco wpatrywały się w Nią a twarz blondyna była tak blisko, że gdyby uniosła rękę mogłaby zanurzyć palce w blond czuprynie.
-Co Ty tu robisz?-wychrypiała swym głosem tuz po przebudzeniu nie spuszczając wzroku z Reusa.
-Przyniosłem Ci herbatę, no przecież martwię się o Ciebie- odrzekł przenosząc swój wzrok na usta byłej żony.
-Dobrze wiesz, że nic mi nie jest. Możesz się odsunąć? Chciałabym wstać.
-A co jeśli nie?- zapytał figlarnie unosząc jedną brew do góry. Przygwoździł swymi dłońmi Amy po obu stronach Jej głowy będąc jeszcze bliżej niż poprzednio.
-Nie zaczynaj- wyszeptała dziewczyna zbierając w sobie resztki sił by cokolwiek z siebie wyrzucić.
-Kochanie daj już spokój, po co ten cyrk?- zapytał blondyn przysuwając swe usta niebezpiecznie blisko. Musnął dolną wargę Amandy tak delikatnie, że dziewczyna poczuła jak w Jej brzuchu zaczęło się poruszać całe tuzin motyli. Jej uda zaczęły niebezpiecznie pulsować co nie było dobrą oznaką. W jednym momencie była zła na Reusa, że nie ośmielił się na odważniejsze pocałunki, chciała więcej....

Zarzucając swe ręce na szyję Marco przyciągnęła Go do siebie oddając się chwili. młody Niemiec wymruczał wprost w Jej usta imię Amanda co tylko spotęgowało Jej pragnienie. Nim się obejrzała leżała już na Marco szukając ukojenia w Jego ramionach. Całowali się bez tchu wytchnienia upajając się chwilą. Dopiero gdy Marco podchwycił pośladki Amy ta znieruchomiała.
-Nie.

*****
Cześć Kochane ;)
Mam nadzieję, że nie zabijecie mnie za ukrócenie akcji w takim momencie! :)
Dziś mam dla Was trochę ogłoszeń. (Hahahah jak w kościele)
1.Zapraszam na mojego drugiego bloga,iż waham się nad zawieszeniem Go.  http://zakazany-romans.blogspot.com/
2. Formatowałam ostatnio komputer i...( nie, nie usunęło mi rozdziałów bo zgrałam je na pendrive) ale zapomniałam zapisać Waszych blogów i teraz sama już się nie orientuję co czytałam a co nie. Byłoby miło jakbyście w komentarzach albo w spamie rzucili linkami. W czasie wolnym mam zamiar nadrobić.
3. Proszę anonimki o podpisywanie się, bo mam wrażenie, że jedna i ta sama osoba pisze ten sam komentarz! :)
No także miłego weekendu. ;)
NEXT=9 KOMENTARZY

piątek, 15 maja 2015

ROZDZIAŁ 14



Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki stają się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem i kompletnie się gubisz. Tak łatwo jest się zgubić.
Cecelia Ahern


Czy przyjaźń damsko- męska istnieje? Opinii jest mnóstwo, tyle ile zwolenników jest i przeciwników ale Amy święcie chciała wierzyć, że tak. Istnieje. Gdy odebrała telefon od Marco o domniemanym wyjeździe w góry od razu chciała powiedzieć kategoryczne NIE. To, że się pogodzili nie znaczyło, iż od razu będą jeździć na wspólne wycieczki jakby nigdy nic. Lecz gdy blondyn przekonał Ją, że tak naprawdę to wszystko zasługa Ann to nie mogła się nie zgodzić. Ann Kathrin rozszarpująca Ją na środku ulicy? Nie, to na pewno nie byłby miły widok. O dziwo dzień przed wyjazdem cieszyła się z tego, że podjęła takie kroki. Dawno już nie była nigdzie z przyjaciółmi, a zwłaszcza po to aby tak beztrosko wypocząć. Zamykając więc swą podróżną torbę poszła pod prysznic z radosnym spokojem ducha, który nakazywał Jej pełną euforię umysłu.
***
-Myślisz, że się pogodzą?- zapytała Ann Kathrin rozpakowując swe walizki w pokoju, który zajmowała z Mario. Chatka była piękna, taki prawdziwy leśny domek z kominkiem i tym wszystkim co powinno być na swoim miejscu.
-Nie wiem, chyba nie powinniśmy się do tego wtrącać, prawda Ann?- zapytał unosząc brwi lustrując dokładnie dziewczynę. Doskonale znał Jej możliwości i nie chcąc zaskarbić sobie kłopotów wolał pilnować Jej wyczyny dwadzieścia cztery godziny na dobę.
-Tak, tak- odrzekła szybko kierując swój wzrok gdzieś w dal, Jej myśli już dawno były gdzie indziej.
-Nawet nie próbuj tego robić! Dosyć, że....
Mario próbował zacząć swój wykład o domniemanym swataniu swojej żony lecz w tej samej chwili do pokoju zapukał obiekt ich rozważań.
-Idziecie na stok? My z Amy jesteśmy już gotowi, jest piękna pogoda, ruszcie się- ponaglił ich Marco a Ann uradowana wymijając Goetzego szepnęła Mu do ucha:
-Zobaczymy....
Brunet wznosząc rozpaczliwie brwi do góry zaczął błagać o litość. Prawda była taka, że choćby bardzo chciał nie mógł sprawować całkowitej kontroli nad Ann.
***
Góry tego roku są piękne, zjawiskowe a pogoda rozpieszcza swych urokiem. Cała czwórka turystów szła jak urzeczona po skrzypiącym śniegu podziwiając nieznane widoki. Co chwila ktoś przed nimi przecinał im drogę zjeżdżając na nartach ale nic ich to nie obchodziło. Całkowicie nic nie było w stanie popsuć im wypoczynku. Tu nawet nikt ich nie rozpoznawał, mogli choć przez chwilę oderwać się od rzeczywistości i zapomnieć o tym co będzie po powrocie.
Amanda razem z Ann przystanęły na szlaku czekając na Mario i Marco, którzy mieli przynieść narty dla nich. To miał być pierwszy raz Amy na tymże przyrządzeniu, jeszcze wczoraj zamierzała błagać całą trójkę przyjaciół o wyrozumiałość ale byli nieugięci. Doskonale wyobrażała sobie stan swoich bolących pośladków nazajutrz, ale trudno. Słowo się rzekło, przecież nie ucieknie do lasu.
-Nie bój się głuptasie. Przecież dasz sobie radę, ja się nauczyłam to Ty tym bardziej...-Pani Goetze chciała jeszcze coś dodać lecz poczuła jak wpada na Nią ciężki osobnik. Niestety nie dała rady utrzymać równowagi, toteż zaczęli się kulać z góry jak banda rozwrzeszczanych dzieci. Na szczęście nieopodal znajdowało się małe drzewko, które zatamowało ich dalszą wędrówkę. Ann już miała na końcu języka, to co zamierzała powiedzieć okropnemu osobnikowi, który staranował Ją. Wstała na chwiejnych nogach zauważając, że wygląda jak bałwan i gdy się obróciła zauważyła znajomą twarz.
-Ty głupku! Zrobiłeś to specjalnie! Jesteś nienormalny, mogliśmy sobie złamać nogi!- wrzeszczała jak opętana popychając co chwila bezradnego Mario. W efekcie Goetze nadal stał na nartach i znów się przewrócił turlając się wgłąb stoku.
-Mój Boże! Mario nic Ci nie jest?!- uklęknęła przy Nim sprawdzając czy wszystko w porządku.
-Potrzebuję sztucznego oddychania- wyszeptał podnosząc jedną powiekę do góry.
-Świr!- skomentowała głośno blondynka kładąc się na swoim mężu. Złożyła na Jego zimnych ustach pocałunek sprawiając, iż w ich ciałach zaczęła płynąć gorętsza krew.
***
-Są słodcy prawda?- zapytała Amy spoglądając z uśmiechem na przyjaciół.
Marco odwzajemnił uśmiech po czym rozmyślając nad czymś głęboko zaczął objaśniać Amandzie na czym tak naprawdę polega narciarstwo.
-Przecież się zabiję i nic więcej z tego nie będzie.- odprychnęła dziewczyna patrząc na swoje nogi, które ubrane już były w zimowy sprzęt.
-Będę Cię asekurował- odrzekł blondyn podając dłoń brunetce, tak aby mogła wstać ze śniegu.
-Łapy przy sobie!- zagroziła uśmiechając się szeroko. Zamierzała dać ostrzeżenie Reusowi i pociągając Go za dłoń znalazł się leżący na brzuchu tuż koło brunetki.
-Zapłacisz mi za to!- podnosząc się nieznacznie z białego puchu zaczął obkładać dziewczynę śniegiem.
-Marco nie! Błagam, będzie mi zimno i nie! Ostrzegam Cie nie pod bluzkę!- krzyknęła lecz było już za późno. Chcą odpłacić się blondynowi tym samym kopnęła Go nieznacznie tak, że powtórzył lot w dół swoich poprzedników. Nie zamierzała sama czekać aż ktokolwiek zechce wejść na górę toteż kładąc się na śniegu sturlała się na sam dół wesołej gromadki.

***
Zima bywa piękna, ale taka prawdziwa z dużą ilością śniegu i dobrej zabawy. Amanda odkąd pamiętała kochała tę porę roku. Już jako dziecko  lepiła bałwana oraz uczestniczyła w przeróżnych   zabawach na śniegu dzięki którym dorobiła się wielu siniaków. Lecz nie to było najważniejsze. 
Budząc się z samego rana otworzyła okno na oścież by poczuć na twarzy powiew świeżego powietrza. Zamknęła oczy i wdychając orzeźwiający tlen poczuła jak nieziemsko rozprzestrzenia się po płucach. W jednej chwili powzięła myśl, by przejść się po zakamarkach gór. Ubierając się zeszła  po cichu na dół, by nie zbudzić reszty domowników. Wdziała na swe ciało ciepłą kurtkę wraz z czapką i szalikiem po czym wyszła na zewnątrz. Mimo tego, iż temperatura była na minusie twarz dziewczyny wykrzywiła się w uśmiechu gdy poczuła skwierczący śnieg pod butami.
-Przeziębisz się- stwierdził znany jej głos za plecami. Obróciła się na pięcie by upewnić się kto stoi za nią.

-Nie możesz spać?- zapytała pocierając dłońmi o siebie aby Je rozgrzać.
-Uwielbiam takie śnieżne poranki w górach, tutaj nie myślę o niczym. Tak jakby wszystkie problemy nagle zniknęły- odrzekł Reus spoglądając kątem oka na dziewczynę.
-Tak, strasznie magiczne to miejsce. Zupełnie jak w bajce- odparła żałując w tej chwili, że zapomniała rękawiczek.Przez te kilka chwil dłonie tak zdążyły Jej zmarznąć, że powoli nie czuła już palców.
-Zawsze zapominasz o rękawiczkach. Powinnaś Je sobie przyszyć- uśmiechnął się blondyn stojąc  naprzeciwko brunetki. Chwycił Jej dłonie w swe silne ręce. Amy uniosła swe oczy ku górze, by sporzeć na twarz swego towarzysza. Od razu pożałowała tej decyzji, zdała sobie sprawę, że Marco również Jej się przypatruje. Poczuła oblewający rumieniec na twarzy. Ta chwila była tak idealna, zupełnie jakby ta dwójka ludzi była nastolatkami na pierwszej randce. Palce Reusa gładziły dłonie Amy tak delikatnie niczym muskanie piórkiem, mimo tego momentalnie zrobiło Jej się gorąco i to nie tylko w dłoniach ale na całym ciele.
-Marco...-wyszeptała Jego imię gdy ujrzała twarz Niemca zbliżajacą się do Jej postury. Powinna uciekać jak najszybciej ale nogi odmówiły Jej posłuszeństwa, zupełnie jakby ugrzęzła w białym puchu. Marco nie spuszczając wzroku z brunetki próbował Ją uciszyć. Chciał poczuć bliskość Jej ciała, pragnął Jej dotyku, poczucia beztroski przy Jej boku. Czy to było wiele? Oddałby wszystkie swoje błędy. Kładąc kciuk na Jej malinowych zziębniętych ustach ni mógł oderwać od nich wzroku. Jedyną rzeczą o jakiej był w stanie myśleć to wizja aby złożyć na tych wargach pocałunek. Gładząc jeszcze przez kilka sekund usta zbliżał się coraz bardziej. Amanda nie oponowała, zamiast tego w geście bezradności zamknęła oczy. Marco ujmując twarz dziewczyny w obie dłonie poczuł waniliowy zapach Jej ciała. Tylko Ona tak potrafiła pachnieć, to był zapach Amy. Jego Amy. Gdy zaczął Ją całować dziewczyna o mało co nie odpłynęła. Poczuła jak kolejny raz tego poranka nogi robią to co chcą. Mruknęła wprost w usta blondyna czując przyjemne uczucie. Pocałunki były tak delikatne jak powiew wiatru. Uczucie jakie ogarnęło Amy było tak doskonałe, że zapragnęła więcej. W jednej chwili przestały Jej wystarczyć lekkie muśnięcia zniewalających męskich warg. Kładąc dłonie na klatce piersiowej blondyna ośmieliła się na coraz bardziej odważne kroki. W tym momencie nie liczyło się nic. Tylko Oni. W pewnym momencie dziewczynie zabrakło tchu, więc nieco się odsunęła by złapać w płuca trochę powietrza. Zdała sobie sprawę z powagi sytuacji, tak długo potrafiła żyć w przekonaniu, że uwolniła się od byłego męża a teraz wystarczyła jedna chwila i co? Poszukiwała rozpaczliwie jakiegokolwiek wytłumaczenia dla swojego występku lecz w Jej mózgu powstała czarna dziura. Ostatni raz spojrzała w czekoladowe tęczówki blondyna po czym wyswobodzając się z uścisku wyszeptała ciche ''Przepraszam''. Czuła nieprzeniknione spojrzenie Marco, widziała Jego wzrok pełen bólu ale nie mogła zostać. Oddaliła się więc jak najdalej pragnąc zapaść się pod ziemię.
***
Gdy tylko otworzyła oczy postanowiła wziąć ciepłą kąpiel w wannie z mnóstwem zawartości olejku relaksacyjnego. Odkąd wczoraj Mario wpadł na Nią na stoku czuła ból w każdej części ciała. Była posiniaczona  niemal wszędzie lecz wcale nie była zła na bruneta. Czasami bywał jak małe dziecko i za to przecież Go kochała, codziennie dostarczał Jej nowych wrażeń. Odpoczywając w ogromnej wannie poczuła jak każdy mięsień w Jej ciele ulega rozluźnieniu. Relaksując się w ciszy nie zdawała sobie sprawy ile czasu już minęło. Sięgnęła po biały, puchowy ręcznik po czym wycierając swe ciało narzuciła na siebie tego samego koloru szlafrok. Wychodząc  z łazienki dostrzegła, ze Jej partner już nie śpi. Mruknął tylko pokazując swój zniewalający uśmiech. Nie przestawał wpatrywać się w Ann jak w obrazek.
-Mario? Coś nie tak?- zapytała szukając odzieży w swej podróżnej torbie.
Goetze podszedł bliżej dziewczyny zmuszając Ją aby odwróciła się w Jego stronę.
-Muszę Ci coś powiedzieć- przybierając najpoważniejszy wyraz twarzy na jakiego Go było stać kontynuował:
-Niech to szlag. Chyba jestem zmuszony przegrać ten cholerny zakład- wyszeptał  wprost do Jej ucha odgarniając za Jej małżowinę przemoczone kosmyki włosów.
-Tak?- zapytała podnosząc do góry jedną brew.
-Mhmm- przytaknął rozwiązując już jedną ręką supeł białego szlafroka.
-Mario, mieliśmy iść zaraz na śniadanie- odrzekła dziewczyna czując mokre ślady jakie zostawiał młody Niemiec na Jej szyi.
-Bez nas nie zaczną- odparł nic sobie nie robiąc z protestów swej żony.
***
Wróciła w pośpiechu do domu czując rozdzierający ból z tyłu głowy. Tego nie przewidziała, jak mógł Ją pocałować i co gorsza jak Ona mogła do tego dopuścić? Bała się cholernie tej myśli, że strasznie Jej się podobało i miała ochotę o powtórzyć. To przecież niedopuszczalne, jesteśmy po rozwodzie- te myśli rozpierały Jej czaszkę eksplodując Ją od środka.  W geście paniki wpadając do pokoju postanowiła zadzwonić do Angie, aby choć na chwilę zapomnieć o chwili słabości.
-Amanda?- rozbrzmiał głos w słuchawce- Dlaczego dzwonisz o dziewiątej rano?- zapytała zaspana młodsza siostra, która akurat dziś miała ochotę pospać dłużej.
-Pamiętasz jak dawałam Ci wykład na temat tego, żebyś nie robiła głupstw kiedy dorośniesz?- zapytała wpatrując się w widok za oknem i jak na skaranie Boskie ujrzała Reusa, który kroczył w stronę domu. Zasłoniła szybko okno zasłoną by nie zauważył Jej osoby czuwającej przy framudze.- No to widzisz tego chyba tak do końca nie można kontrolować- odparła.
-Amy? Coś się stało? Jesteś cała? Nie miałaś wypadku w tym samolocie, prawda?- zapytała przestraszona Angie podnosząc się z łóżka.
-Nie, spokojnie. Dolecieliśmy cali i zdrowi po prostu nie mam z kim porozmawiać i pomyślałam o Tobie malutka.
-Przecież wiesz, że zawsze możesz do mnie zadzwonić. Co jest?
-Całowałam się z Marco- odparła na jednym tchu brunetka.
-O cholera- skwitowała młodsza siostra.
***
Heii ;*
Dziś bez zbędnych komentarzy ;)
Zapraszam też na mojego drugiego bloga ;)
NEXT=7 KOMENTARZY
<3

piątek, 8 maja 2015

ROZDZIAŁ 13

Lepiej kochać, a potem płakać. Następna bzdura. Wierzcie mi, wcale nie lepiej. Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić.
Harlan Coben


Minął tydzień odkąd Amanda przeprowadziła ostateczną rozmowę z Reusem. Wcale nie czuła się po tym lepiej, choć powinna bo wszystko sobie wyjaśnili. Przecież do tej samej rzeki nie wchodzi się dwa razy, to było jasne jak słońce. Dlaczego więc Jej głowę zaprzątały dziwne myśli i każda z nich miała wyraz twarzy Marco? Postanowiła zająć się swą własną karierą lekarską lecz nawet tam, na oddziale raz po raz w Jej głowie przelatywał obraz Jej byłego męża. Zdarzało się również, że zatrzymywała się widząc wysokiego, szczupłego blondyna mając wrażenie, że widzi Reusa. Bojąc się, że wpada w paranoję postanowiła z Nim porozmawiać, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, iż nie wyjaśniona sytuacja może przynieść negatywne skutki. O jakże to wiedziała!
***
Nacisnęła dzwonek u frontowych drzwi blondyna i oczekując na jakikolwiek ruch z Jego strony myślała, że czeka już tam wieczność. Był późny wieczór więc na pewno nie spał, może wyszedł?- pomyślała z chęcią oddalając się od posesji. Jednak w tej samej chwili gdy znalazła się przy czarnej bramce usłyszała zgrzytnięcie zamka, stanęła w półkroku zdając sobie sprawę, że Marco stoi właśnie w tym momencie w drzwiach. Obróciła głowę w tamtym kierunku dojrzała sylwetkę blondyna. Zlustrowała Go od dołu do samej góry, miał bose stopy, ręcznik przewiązany przez obydwa biodra i nagą klatkę piersiową ukazującą doskonale wyrzeźbiony brzuch. Z Jego blond włosów kapały jeszcze strużki wody. Zaparło Jej dech w piersiach, nie wiedziała czy się ruszyć czy jednak zaryzykować i dalej podziwiać. Otrząsnęła się jednak i ruszyła ku Niemu widząc Jego ni to wesołe ni to gniewne spojrzenie.
-Przeziębisz się- oznajmiła na powitanie mając na myśli Jego okrycie wierzchnie.
-Interesuje Cię to?- prychnął z ironią wpatrując się przenikliwie w Jej oczy. Zawsze Ją tym rozbrajał, nie potrafiła wtedy kłamać, tak jakby źrenice Marco Reusa miały w sobie tajemną moc.

-Nie zaczynaj znowu. Przyszłam, bo chciałam porozmawiać. Mogę?- zapytała próbując utrzymać kontakt wzrokowy. Lecz opornie Jej to wychodziło z uwagi na wielkie zdenerwowanie jakim obdarzona została przez swoje nerwy. Blondyn otworzył szerzej drzwi wpuszczając brunetkę do środka. Postępując coraz to kolejne kroki wgłąb domu starała sobie przypomnieć jak dawno tu nie była. I zdała sobie sprawę, że strasznie dawno a mimo tego prawie nic się nie zmieniło. Reus mógłby teraz przewiązać przez Jej oczy opaskę a i tak trafiłaby w najmniejszy zakamarek tego apartamentu.
-Miałem zamiar napić się czegoś ciepłego. Chcesz coś?- zapytał już z oddali kuchni, nastawiając w elekrycznym czajniku ciecz.
-Tak, poproszę herbatę- odkrzyknęła układając już w myślach co ma powiedzieć blondynowi. Przeraziła się nagle gdy uzmysłowiła sobie, że sama nie ma o tym bladego pojęcia. Zawsze wygadana Amanda nie wiedziała od czego zacząć. Z kuchni jak z magicznego kapelusza nagle wyłonił się Marco z dwoma parującymi kubkami i co dziwne był kompletnie ubrany. Kiedy On to zrobił?- zamyśliła się dziewczyna wracając jednak po chwili do rzeczywistości.
-Zawsze otwierasz w takim stroju?- zapytała z uśmiechem próbując rozładować jakoś napięcie które było między nimi i nijak nie chciało się zniwelować. Blondyn jednak nic nie odpowiedział uniósł tylko usta w krzywym, szybkim uśmiechu po czym łyżeczką zaczął mieszać miksturę w kubku.
-Marco, ja...To nie może tak wyglądać, od kiedy dowiedzieliśmy się prawdy powinniśmy...
Twarz blondyna przez chwilę wygięła się w niemym zdumieniu jakby analizując słowa dziewczyny marzył tylko o Jej powrocie do tego cholernie pustego domu. Jednak Jego pragnienia prysły gdy aksamitny głos Amy znów zabrzmiał:
-Zostać przyjaciółmi- dokończyła szeptając cicho.-Chciałbyś?- podniosła na Niego swe ciemne oczy wyczekując jakiejkolwiek odpowiedzi. Zniosłaby wszystko, gdyby powiedział nie, wyrzucił Ją z pomieszczenia. Wszystko ale nie tego co teraz nastąpiło. Cisza, która trwała aż nazbyt długo. -Reus powiedz coś, proszę...
-Uhmm, nie tego się spodziewałem, myślałem, ze.....- zaniemówił zerkając na brunetkę, która zdawała sobie doskonale sprawę z tego czego oczekuje od Niej Marco.
-Zawsze będziesz dla mnie ważny, bo przeżyliśmy razem naprawdę wiele. Być może nigdy już nie zaufam innemu mężczyźnie, możliwe, że nie będę miała szansy być z kimkolwiek szczęśliwa ale nie chcę wchodzić do tej samej rzeki drugi raz, rozumiesz?
-Przyjaciele?
-Przyjaciele- uśmiechnęła się promiennie czując jak wielki kamień spada z Jej serca.
***
Mario krążył po domu wytrącając co chwilę Ann z równowagi.
-Mógłbyś się przynajmniej ubrać! Dość, że w garderobie panuje istny bałagan bo postanowiłeś porozrzucać wszędzie bieliznę to jeszcze sąsiadów musisz straszyć?- zapytała wkładając brudne naczynia do zmywarki.
-Cukiereczku, kiedyś Ci nie przeszkadzało moje nieskazitelnie boskie ciało.- oznajmił zachodząc swoją żonę od tyłu. Cmoknął Ją w ramię, które zostało odsłonięte przez wełniany niebieski sweterek i najwyraźniej nie miał zamiaru zakończyć na tym miejscu.
-Mario...spieszysz się a poza tym...
-A poza tym mam jeszcze trochę czasu dla swojej marudnej żony- mrucząc przygryzł delikatnie płatek ucha dziewczyny.
-Jakiej przepraszam?!- Ann nieumiejętnie chciała pokazać swe oburzenie. Nijak Jej to nie wychodziło więc obracając się na pięcie wyszła z kuchni.
-Masz szlaban mój drogi. Seksu nie będzie- wychodząc usłyszała głośny akt protestu , powróciła więc i wychylając tylko głowę rzekła:
-Przez okrągły miesiąc!
-Nie wytrzymasz tyle!-doścignął Ją Mario przytwierdzając ciałem do ściany rozstawił po obu stronach Jej głowy swe silne dłonie.
-Założymy się?- mrugnęła porozumiewawczo spoglądając na bruneta.
-Dobrze, zakład! Kto pierwszy nie wytrzyma ten przez miesiąc musi znosić zachcianki drugiego. Zgoda?
Dziewczyna mrużąc w cienką linię swe oczy podała Mario swą dłoń w geście porozumienia. -A teraz zadzwoń do Marco, miałeś się zapytać czy dogadał się z Amy w sprawie tej wycieczki w góry- odeszła od męża klepiąc Go bezczelnie w tyłek.

-I tak wygram- szepnęła znikając za zakrętem.

***
Łapcie 13! Mam nadzieję, że rozdział nie będzie pechowy:)
NEXT=7 komentarzy :)
Buziaki:**

piątek, 24 kwietnia 2015

ROZDZIAŁ 12

Jedno słowo, jeden gest, jedno ukradkowe spojrzenie oczu może wywrócić Twoje życie do góry nogami. Zraniona miłość jest bardzo bolesna lecz jeszcze gorsza jest świadomość, że dało się Ją uratować a Ty nic nie zrobiłaś w tym kierunku.


Leżenie w bezczynności już na pewno nie było ulubionym zajęciem Amandy. Wpatrując się w śnieżno biały sufit szukała jakiegokolwiek znaku zaczepienia. A nuż przez okno wleci jakaś mucha, którą można będzie zaobserwować. Nic z tego. Nuda. Nostalgia. Cisza.... Nużąca bezsilność zmogła dziewczynę z sił, nie próbowała nawet walczyć z opadającymi powiekami gdy nagle usłyszała kroki wchodzące do pokoju szpitalnego.
-Marco- szepnęła gdy ujrzała sylwetkę blondyna w drzwiach. -Co tu robisz? O tej porze?
-Idę na trening i pomyślałem, że wstąpię. Przecież mam po drodze- odparł kładąc reklamówkę z owocami na stoliku.
Dziewczyna wsparła się na łokciach by podciągnąć się trochę wyżej na łóżku. Ucieszyła się wprawdzie, że ktoś Ją odwiedził i dzięki temu zabije trochę wolnego czasu ale z drugiej strony nie miała zamiaru skakać pod sufit wiedząc, że tą osobą jest Marco.
-Lubisz pomarańcze, zawsze Je lubiłaś- stwierdził blondyn zauważając jak brunetka spogląda na podarunek od Niego.
Uśmiechając się delikatnie musiała przyznać Mu rację, uwielbiała ten owoc. Zaimponowało Jej, że Reus nadal pamięta takie nieistotne rzeczy. Jego wyznanie co prawda było dość krępujące ale nie mogła nie unieść kącików ust do góry.
-Pamiętasz takie rzeczy?- zapytała spoglądając na Niemca, który w tej chwili siadał na szpitalnym krześle obok Jej łóżka.

-Te i wiele innych. Pamiętam, że gdy się poznaliśmy nie umiałaś jeździć na rolkach i nie cierpisz jeść brukselek.....Amy, dlaczego Nam się nie udało?- zapytał nagle wpatrując się w dziewczynę.
-Tak czasami bywa. Nie poradziliśmy sobie z przeciwnościami losu, życie nie jest wcale takie kolorowe i proste...Może rzeczywiście zbyt szybko się pobraliśmy? Nie wiem Marco, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Nic się nie dzieje bez przyczyny...
-Nie przyjmuję takiego wyjaśnienia. Po prostu nie! Zostaliśmy oszukani i musimy za to płacić. Dlaczego?
Brunetka wpatrywała się w rozgniewaną twarz mężczyzny i miała wrażenie, że jeśli zaraz czegoś nie powie to się rozpłacze. Sprawiedliwości nie ma, to jest pewne.
-Co mam Ci powiedzieć? Nie wiem. Oczywiście, że Caro nas oszukała ale nie jesteśmy bez winy. Mogliśmy spokojnie porozmawiać ale woleliśmy skakać sobie do gardeł. Chyba nie mieliśmy co do siebie zbyt dużo zaufania, a to przecież podstawa, prawda?
-Amy, kochałem Cię. Czułem, że mogę wszystko. Zmieniłem się dla Ciebie, po to żebyśmy mogli stworzyć coś więcej niż przelotny romans. Chcieliśmy mieć dzieci, pamiętasz?
-Po co mi to mówisz? Minęło tyle czasu. Po co?- załzawione oczy dały o sobie znać, nie rozumiała do czego blondyn zmierza, nie chciała zrozumieć. Zaczynała lubić swoje w miarę poukładane życie.
-Uważam tylko, że nie ma drogi bez wyjścia a każdy problem da się rozwiązać.
-Nie Marco. Nie tym razem. Zapomniałeś co się wydarzyło przez ostatnie półtora roku? Wzięliśmy rozwód! Podczas którego obrażałeś mnie przy wszystkich. A ta impreza w klubie tydzień po naszym rozstaniu? Obściskiwałeś jakąś dziewczynę na moich oczach i patrzyłeś czy to widzę! Mam wymieniać jeszcze?....Nie mam do Ciebie pretensji, naprawdę. Ale są rany, które się nie goją i nie ma co ich reperować.
***
Amanda od dwóch dni przebywała już w swoim własnym domu. Każdy chuchał na Nią i dmuchał aby niczego Jej nie brakowało. Była nadal osłabiona po ciężkiej inwazji malarii w Afryce lecz na własne żądanie wypisała się ze szpitala nie mogąc już patrzeć jak wszyscy się nad Nią litują. 
-Na pewno niczego nie potrzebujesz?- zapytała Ann, która jak zwykle miała w sobie nadmiar matczynych zapędów.
-Nie, wszystko mam. Usiądź w końcu i przestań krzątać się po tym mieszkaniu jakbym miała tu ukryć seryjnego zabójcę.
Sącząc powoli ciepłą herbatę brunetka usłyszała telefon, który zaczął wibrować. Wzięła urządzenie do ręki by zobaczyć nadawcę połączenia. Zapatrzyła się w ekran zapominając o całym świecie. Nie uszło to uwadze Ann, która zmarszczyła czoło w geście zastanowienia.
-Nie odbierzesz?- zapytała blondynka.
-Nic ważnego. To tylko....Marco- odrzekła odkładając komórkę nieopodal kubka z herbatą.
-Na pewno nic? Dlaczego Go unikasz? Przecież wszystko sobie wyjaśniliście. Jesteście dorośli a zachowujecie się jak dzieci, naprawdę tego nie rozumiem. Ty niczego nie zrobiłaś, On Cię nie zdradził, w czym więc problem?
Niemka powstając z kanapy podeszła do okna za którym deszcz lał się strumieniami pozostawiając mokre krople deszczu na kuchennej szybie.
-Tyle się wydarzyło, tyle czasu minęło i padły słowa, które na zawsze pozostaną w mojej pamięci, rozumiesz? Nie potrafię tego wymazać i zapomnieć.
-Ale chyba będziesz musiała podjąć jakąś konkretną decyzję. Marco ma nieco inne zdanie na ten temat. Nie możesz tak kogoś zwodzić, nikt na to nie zasługuje- stwierdziła żona Mario spoglądając na okno pod którym słychać było jak ktoś gasi silnik. -Oho o wilku mowa, pójdę już Amy, poradzisz sobie.
-Ale Ann, proszę.......Nie zostawiaj mnie- szepnęła już sama do siebie podczas gdy blondynka była dawno przy furtce.
Usiadła z powrotem przy kuchennym stole wyczekując wejścia do domu Marco. Złapała się na tym, że z nerwów zaczęła skubać skórki przy paznokciach. Gdy rozległ się głos dzwonka podskoczyła na miejscu lecz po chwili odkluczyła frontowy zamek by wpuścić gościa.
-Amy? Dlaczego nie odbierasz? Zrobiłem Ci zakupy, na pewno nie masz nic w lodówce.- rzekł blondyn bezpretensjonalnie pakując się do środka pomieszczenia.
-Wszystko mam, Ann o to zadbała ale dziękuję nie musisz się tak fatygować.- odparła spoglądając na Reusa, który z zapałem wciskał produkty do lodówki, która pękała już w szwach.-Chyba musimy porozmawiać, usiądź proszę.
Skierowała swe kroki do salonu na białą puchową kanapę a obok Niej przysiadł się Niemiec, który siadając przodem do brunetki skierował swe oczy ku Jej osobie. Przypomniało Jej się momentalnie jak siadali tak po pracy i rozmawiali o byle głupstwach tylko po to by pobyć ze sobą choć przez chwilę.
-To co się wydarzyło....Wiemy doskonale, że to nie była ani Twoja wina ani moja. Jestem Ci ogromnie wdzięczna za wszystko co zrobiłeś ale tak jak już wspomniałam możemy zostać tylko przyjaciółmi.
Marco patrzył na swą byłą żonę nie spuszczając z Niej oczu i trawiąc każde słowo, które padło z Jej ust. Po tym co przeszli miał ochotę Ją przytulić, głaskać Jej delikatną dłoń i całować czule Jej czoło zapewniając, że wszystko się ułoży. Lecz dziewczyna miała nieco inne zamiary i to nie dawało Mu spokoju.
-Nie ufasz mi już?- zapytał prosto z mostu podczas gdy zaskoczona Amy utkwiła swoje spojrzenie w zawiedzionej minie piłkarza.
-Marco, proszę. Przecież wiesz, że nie o to chodzi. Nie mam siły rozmyślać co jeszcze się wydarzy. Dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Nie zrozum mnie źle, niczego nie żałuję ale .....- zabrakło Jej odpowiednich słów by dokończyć kwestię.
-Przestań udawać, wiesz jak tego nienawidzę, gdy ktoś kłamie. Prawda jest taka, że ja chciałbym naprawić wszystko, żeby było jak dawniej ale Ty tego nie chcesz i żałujesz z całego serca tego, że spotkałaś mnie na swojej drodze- poderwał się z miękkiej kanapy by oddalić się w kierunku wyjścia.
-Marco- zdążyła zawołać Jego imię lecz gdy się obrócił i spojrzał w Jej stronę nie potrafiła już wydusić z siebie ani jednego dźwięku. I odszedł, tak po prostu.
Nie wiedząc dlaczego podeszła do okna by spojrzeć ten ostatni raz na sylwetkę chłopaka. Jakby otrzymując telepatyczny znak Reus spojrzał w stronę dziewczyny tym pustym wzrokiem, który ukrywał w sobie wiele emocji skrywających się przez ostatnie czasy. Był  tylko zwykłym człowiekiem, potrzebował akceptacji I miłości jak każdy przeciętny Niemiec zamieszkujący na przedmieściach Dortmundu. Amanda natomiast spoglądając na widok za oknem nie mogła znieść cierpienia bólu noszonego w swym sercu I zasłaniając firanę zaczęła oczyszczać swą duszę płacząc bardzo rzewnie. Wiedziała, że nigdy już nikogo tak nie pokocha jak tego uroczego blondyna, który zawładnął całym Jej światem.
RETROSPEKCJA
Wracając wieczorem po treningu do domu zdała sobie sprawę, że wszystkie światła były pozgaszane. Pomyślał, że Jego żona nie wróciła jeszcze z dyżuru lecz przekręcając klucz w drzwiach uzmysłowił sobie, iż są  one otwarte.
-Amy?- zapytał kierując swe kroki do miejsca, w którym dało się słyszeć nieznajome głosy.
Brunetka drzemiąc leżała na oparciu sofy a włączony telewizor wcale Jej w tym nie przeszkadzał. Reus odkładając treningową torbę na podłogę rozczulił się tym widokiem lecz postanowił obudzić żonę zdając sobie sprawę, że w takiej pozycji jaką przybrała tuż po obudzeniu będzie odczuwała ból wszystkich części ciała. Musnął swymi wargami Jej rozpostarte usta, by wybudzić brunetkę ze snu. Po tej czynności zauważył jak kąciki ust unoszą się w geście zadowolenia a na Jej policzki ukazują się urocze dołeczki.
-Oszukujesz, wcale nie śpisz- zarzucił Jej mrucząc wprost do ucha te słowa.
-Tęskniłeś?- zapytała otwierając już tym razem oczy na oścież i gestem ręki przyciągnęła do siebie męża.
-Pokazać Ci jak bardzo?- odpowiedział pytaniem na pytanie poruszając brwiami.
-Wiesz, miałam zły sen. Byliśmy w górach, spadłam na dół a Ty uciekłeś. Przestraszyłeś się, że wszyscy pomyślą że to Twoja wina I nawet nie próbowałeś mnie uratować.
-To bardzo zły sen. Ja wskoczyłbym za Tobą perełko nawet w gorącą lawę.
-I będziesz mnie kochał?
-Zawsze.

***
Ta dam!
Wiem, że już trochę późno na dodanie rozdziału ale jest.
Jeszcze świeżutki, cieplutki!
<3

sobota, 11 kwietnia 2015

ROZDZIAŁ 11

Leciał helikopterem nie zdawając sobie nawet sprawy jaki widok ujrzy w Afryce, czy nie będzie za późno na uratowanie Amy? Czy w ogóle powinno Go to obchodzić? Odpędzał od siebie wszystkie czarne myśli lecz One kotłowały się w Jego głowie niczym nadchodzący huragan. Gdy wylądowali na miejscu blondyn poczuł jak fala gorąca uderza w Jego wnętrze, było gorąco, bardzo gorąco. Nie bez przyczyny ludzie tutaj chodzą półnago. Podchodząc do pierwszego lepszego przychodnia zapytał w języku angielskim gdzie może znaleźć placówkę medyczną, czarnoskóra kobieta odwróciła się nieco na pięcie i pokazała palcem na wysoki czerwony budynek. Wraz z niemieckimi sanitariuszami, których zdążył wcześniej opłacić powędrował wgłąb pustyni. Było upalnie, chciało się niezmiernie pić lecz liczyła się każda sekunda by uratować ludzkie życie. Gdy dostali się do upragnionego budynku zdali sobie sprawę jak warunki tutejszej służby zdrowia zostawiają wiele do życzenia. Panował jeden wielki rozgardiasz podczas którego pacjenci jak sardynki w puszce leżeli prawie, że jeden na drugim na niezbyt zadbanych łóżkach.
Zauważył Ją leżąco w kącie z zamkniętymi powiekami z podłączoną kroplówką, która wisiała na nocnej lampce. Podszedł bliżej w obawie czy Amanda na pewno jeszcze żyje.

-Amy?- zapytał delikatnie poruszając ramieniem brunetki tak aby Jej nie uszkodzić.
Otworzyła z wielkim ociągnięciem oczy by ujrzeć przed sobą sylwetkę zmartwionego blondyna.
-Marco- odparła po czym ponownie zamknęła swe ociężałe powieki.
-Wszystko będzie dobrze, zabieramy Cię do Dortmundu- stwierdził przywołując ręką dwóch mężczyzn z karetki. Dziewczyna nie otwierając oczu pokiwała delikatnie entuzjastycznie głową.
***
Po otrzymaniu specjalistycznego lekarstwa w kroplówce Amanda nieco odzyskała swych sił. Przypięta pasami do podróżnego łóżka w helikopterze wybudzała się powoli zastanawiając się gdzie właściwie jest. Oblizała swe spierzchnięte wargi co nie uszło uwadze blondyna, który siedząc nieopodal przypatrywał się brunetce.
-Chcesz wody?- zapytał wstając z wcześniej zajętego miejsca.
Mruknęła w geście aprobaty po czym już po kilku chwilach czuła w ustach smak wybawienia. Było o wiele lepiej, nie odczuwała już senności wpatrywała się niemo w górę oddychając miarowo.
-Co tu robisz?- zapytała nagle przenosząc swój wzrok na Reusa. O ile dobrze pamiętała byli po rozwodzie.
-Twój tata prosił o pomoc. Martwił się o Ciebie- odparł spoglądając na zmęczoną twarz dziewczyny.-Amy...przepraszam.
-Za co przepraszasz? Przyjechałeś uratować mi życie i jeszcze przepraszasz?- uśmiechnęła się promiennie niczym jakby usłyszała najbardziej wyszukany komplement.
-Gdybym nie był takim okropnym dupkiem nie wyjechałabyś. Po prostu gdyby to wszystko się nie stało...
-Marco ale się zdarzyło, nie ma co rozpamiętywać. To było rok temu, odpuść.- odparła znów unosząc swe oczy ku górze. Sama okłamywała siebie, może i minął ten okres czasu ale w Jej umyśle nadal widniał obraz Reusa z Caro w ich własnym łóżku.
-Chciałbym żebyśmy mimo wszystko zostali przyjaciółmi, zapomnijmy o wszystkim. Zrobisz to dla mnie?- zapytał rozbrajając Amy swym uśmiechem. Już zapomniała jaki blondyn potrafi być czarujący. Może to przez straszną tęsknotę, może przez to, że jedyne czego pragnęła to aby znów znaleźć się w ramionach Marco lecz odparła:
-Nie masz o czym zapominać. -Nie zdradziłam Cię Marco.- stwierdziła zdając sobie sprawę co właśnie powiedziała.
-Amy co Ty...?
-Wtedy gdy zobaczyłam Cię w łóżku z Caro byłam zrozpaczona. Zostawiłam tam swoją torebkę i zobaczyłeś to USG. Lecz Ono nie było moje.- odrzekła na jednym tchu.
-Jak to nie Twoje?Przecież było w Twojej torebce! I ten Sms o aborcji, przecież przyszedł do Ciebie!- blondyn uniósł się nie zważając na stan chorobowy Amandy.
-To Angie. Moja siostra była w ciąży. Chciała usunąć dziecko i ja miałam Jej w tym pomóc. Na początku myślałam, ze to dobry pomysł ale zwątpiłam.
Marco spoglądał co chwila na tłumaczącą się dziewczynę i zdał sobie sprawę, że ostatnio widział Angie. Z dzieckiem! Amanda mówiła prawdę to Jej siostra była w ciąży a nie Ona. Z jednej strony czuł wielką ulgę lecz z perspektywy zdarzeń zdał sobie sprawę jak tak naprawdę ten incydent namieszał w Jego życiu.
-Ale...Dlaczego nie powiedziałaś? Przecież tyle było okazji, chociażby na rozprawie rozwodowej kiedy wyzywałem Cię od najgorszych za to co zrobiłaś.
-Byłam zła, strasznie zła. Na Ciebie, na siebie, że dałam się tak omotać i zdradziłeś mnie z Caro. Powiedziałeś, że była lepsza ode mnie. To naprawdę zabolało tak cholernie, że nie potrafiłam powiedzieć prawdy.
Reus poczuł tak nagłą potrzebę przytulenia dziewczyny, że z trudem hamował swe zapędy. Jednak zdał sobie sprawę, że sam popełnił błąd. Przecież On też coś ukrywa.
-Amy...Ja też muszę Ci coś powiedzieć.Ten incydent z Caro, to był podstęp.
-O czym Ty mówisz?- zapytała nic nie rozumiejąca dziewczyna.
-Ona chciała się zemścić na Tobie i wsypała mi do picia jakiś narkotyk. Później zaaranżowała ta całą zdradę ale do niczego nie doszło. Przyznała się zaraz po tym jak wybiegłaś z mieszkania.
-O Boże- tylko tyle Amanda zdążyła wydusić ze swego gardła. -Przecież to okropne- dokończyła zaraz po tym jak dotarła do Niej ta informacja w całości.
***

Docierając do szpitala nadal myślała o tej całej chorej sytuacji, tyle czasu żyła w kłamstwie. Teraz wie, że to był błąd. Powinna jakoś wcześniej to odkręcić, a teraz? Jest już za późno. Na wszystko jest za późno. Resztę drogi w locie udawała, że śpi aby Reus nie zadawał niepotrzebnych pytań, nie miała siły na rozmowę, zwłaszcza z Nim. Życie nie jest sprawiedliwe.
*********************
Kochane moje czytelniczki:)
Wiem, że rozdział miał być dłuższy ale jak przyjdzie wiosna zawsze łapie mnie grypa i tak niestety też się stało. Dodaję taki choć nie jest idealny ale gorączka nie chce ze mną współpracować :(
Miłego czytania ;*

środa, 25 marca 2015

ROZDZIAŁ 10

Ta pustka. Nie da się jej opisać. Tylko jej następstwa. Uczepienie się mojego kretyńskiego życia. Bezsilność. Pragnienie przeszłości. Zacząć wszystko od nowa, uniknąć błędów, jakich błędów? Skazany na pustkę? To jest mi pisane. Przeznaczenie. I wszystkie te bzdury. Najmniejszy ruch jest trudny. Oczy wbite w ziemię. Obojętność na wszystko.
Lolita Pille
-Tak, Amy ma kłopoty i to poważne.
Po wyrazie twarzy mężczyzny przebiegł grymas bezsilności. Jako ojciec powinien opiekować się swoją córką lecz na odległość nie potrafił Jej pomóc. Nabierające łzy do oczu postanowił otrzeć rękawem koszuli nie rozklejając się przed Marco. Może i nie miał siły na cokolwiek ale nie mógł ot tak rozpłakać się przy byłym zięciu na zawołanie. Nic nie rozumiejący Reus stał nadal wpatrzony w sylwetkę niegdyś jeszcze swego teścia z niewzruszonym wyrazem twarzy. Czy Go cokolwiek to obchodziło? Czy życie Amandy miało dla Niego jakieś znaczenie? Jego mina wskazywała na to, że nie i chyba rzeczywiście tak było, iż zaraz po rozpaczliwym stwierdzeniu zmartwionego ojca blondyn miał zamiar wycofać się z pola walki.
-Przepraszam panie Thomasie ale to już nie mój problem. Amy jest dorosłą dziewczynką i wie co robi. Nie mam z tym nic wspólnego- mijając energicznym ruchem mężczyznę doszedł do drzwi i nacisnął klamkę.
-Nic nie rozumiesz- stwierdził tata Amy na co blondyn stanął przy wyjściu wpatrując się przez chwilę przed siebie.
-Tak nic nie rozumiem! - uniósł się blondyn powracając do salonu. Był wyraźnie wzburzony, wspomnienia wracają a my nie potrafimy z nimi walczyć.- Kochałem Ją a Ona mnie zdradziła, to ja chciałem mieć z Nią dziecko, pragnąłem być dla Niej oparciem, pomagać w trudach codzienności. Minął rok, to wystarczająco dużo czasu by móc zapomnieć, prawda? Wiec niech mi Pan oszczędzi ponownych wspomnień i po prostu pozwoli odejść.
-Marco, moja kochana Amy jest chora- rozpoczął senior na co Reusa znów wmurowało w podłogę nie mogąc się ruszyć.- Ja nie mam pojęcia dlaczego się rozstaliście, to nie moja sprawa. Nigdy w życiu nie poprosiłbym Cię o pomoc, Amanda pewnie też nie ale jestem bezsilny Marco, nie wiem co robić. Nie stać mnie na wycieczki do Afryki, mam jeszcze na utrzymaniu drugą córkę i wnuczka.- stres spowodowany stanem zdrowia Amy oraz fakt, iż mężczyzna od kilku dni nie dojadał spowodowało, że na chwilę w Jego oczach zapanowała ciemność i gdyby nie obecność młodego Niemca dawno leżałby na posadzce.
-Spokojnie, proszę usiąść- nakazał Marco podtrzymując mężczyznę, gdy ten usiadł wygodnie w fotelu nabierając powietrza w swe płuca postanowił kontynuować:
-Mówiłem Amy, że ta praca w Afryce to nie dla Niej. Jest zbyt delikatna na takie warunki, nie słuchała mnie. Nikogo nie słuchała i pojechała. Na początku dawała znać często, mówiła że jest ciężko, że ludzie tam nie mają podstawowych warunków do codziennego życia. Pomagała im jak mogła, z miesiąca na miesiąc kontakt robił się coraz rzadszy. Domyślaliśmy się z Angie, że pochłonęła Ją praca. Aż w końcu nie dostaliśmy odzewu od ponad dwóch miesięcy, postanowiliśmy się z Nią skontaktować ale nic z tego. Wtedy po kilku dniach zadzwoniła do Nas lekarka z tamtejszego ośrodka.....
-Co się stało?- zapytał Marco jakby zapominając o wydarzeniach jeszcze sprzed roku.
-Amy myślała, ze choruje na grypę. Miała gorączkę, nudności, bolały Ją stawy i inne typowe objawy przeziębienia. Dziwne było dla Niej to, że nie ma kataru ani kaszlu więc poszła do tamtejszego lekarza. Pobrali Jej krew na posiew badań i okazało się, że została ukąszona- zakomunikował mężczyzna po raz setny chowając twarz w dłoniach.
-Jak ukąszona? Panie Thomasie, proszę się uspokoić i powiedzieć mi wszystko-odparł spokojnie Marco.
-Przez jakiegoś pasożyta. Zachorowała na malarię Marco. To straszna choroba postępuje z dnia na dzień, czytałem o tym. W tym roku zmarło już na świecie 2 mln osób! Moja Amy- rozczulił się ponownie Niemiec. - Dostałem wczoraj telefon, że Amanda ma nieprawdopodobnie wysokie napady gorączki i z wysiłku co chwila mdleje. Ja nie mam pojęcia co robić Marco, dlatego zwróciłem się do Ciebie. Oni nie mają tam jakichkolwiek leków, aparatury do leczenia. Ona powinna zostać przewieziona tutaj ale choćbym sprzedał cały dorobek życia to nie dam rady tego zrobić. Potrzebny jest specjalny medyczny helikopter, żeby to uczynić. Ona umiera Marco.
Na dźwięk wypowiadanych przez mężczyznę słów blondyn zrozumiał sens wypowiadanych informacji. Amy ma mało czasu, być może za chwile już Jej nie być na tym świecie.
***
*RETROSPEKCJA*
-Marco czy Ty w ogóle mnie jeszcze kochasz? Od tygodnia siedzisz przed tym komputerem i gdy się do Ciebie zbliżam zasłaniasz ekran. Co się dzieje? Masz kogoś?
-Chodź tu głuptasie- uśmiechnął się szeroko sadzając sobie dziewczynę na kolanach.
Objęła ręką Jego szyję aby móc spojrzeć Mu w oczy. Była smutna, autentycznie bez życia. Marco był dla Niej wszystkim ale wiedziała, że nie jest najatrakcyjniejszą partią damską w Dortmundzie.
-Spójrz na mnie aniołku, przed Tobą nie można mieć tajemnic prawda? Jesteś jak FBI, a może nawet jeszcze gorzej- spojrzał na dziewczynę, która nadal oczekiwała jakiegokolwiek wyjaśnienia.
-Kocham Cię najmocniej na świecie ale przecież wiem, że nie odpuścisz. Chodź- pociągnął brunetkę za rękę w kierunku wyjścia.
-Wychodzimy gdzieś?- zapytała lekko zdezorientowana.
Nic nie mówiąc blondyn zaciągnął Ją do auta by zawieźć dziewczynę do celu podróży. Jechali w milczeniu dobre pół godziny. Amanda w obawie przed tym dokąd Ją wiezie Reus milczała nie wydawając z siebie ani jednego dźwięku, blondyn zaś był tak skupiony na drodze iż nie miał zamiaru zakłócać ciszy.
-Jesteśmy- rzekł wjeżdżając na zieloną polanę. Było kompletnie cicho, nawet brzęczenia muchy nie dało się słyszeć.
-Co tu robimy i co to wszystko ma wspólnego z Twoimi tajemniczymi sprawami?- zapytała patrząc ciekawie na blondyna.
-Otóż...Miałem Ci to później pokazać, ale jak zwykle Twoja ciekawość musiała zwyciężyć. To jest nasza działka kochanie.
-Zwariowałeś?! Po co Ci to? Kort golfowy chcesz tu budować czy co? Oszalałeś kompletnie!
-Nic nie rozumiesz, kupiłem tą działkę gdyż tu będzie stał dom. Miałem Ci Go pokazać dopiero gdy będzie gotowy. Cholera miało być inaczej, miałaś paść z wrażenia widząc to wszystko w gotowości.
Brunetka nic nie mówiła tylko wpatrywała się źrenicami szeroko otwartymi w swego chłopaka.
-Marco? Mówisz poważnie? Te wszystkie tajemnice były po to by zrobić mi niespodziankę? Wcale mnie nie zdradzasz?
-Nie chodziło o żadną niespodziankę- odpowiedział zdając sobie sprawę jak to brzmi. Brunetka stała w zupełnym osłupieniu nie wiedząc co się dzieje. Blondyn wrócił na chwilę do swego Astona Martina zostawiając dziewczynę w nadal trwającym zdumieniu. Gdy wrócił po chwili był zdenerwowany bardziej niż zwykle toteż dziewczyna sama nie wiedziała o czym myśleć.
-Amy, jesteś piękna, cudowna i masz wspaniałe serce. Za dużo przejmujesz się losem innych i tak cholernie nienawidzę gdy jesteś uparta. Jesteś zupełnym przeciwieństwem mnie ale....-Niemiec uklęknął na kolana jak tradycja nakazała- Chcę być przy Tobie w każdej możliwej chwili Twego życia, podać Ci kubek ciepłej herbaty gdy będziesz chorować i całować czule na dobranoc. Słyszeć Twój optymistyczny śmiech i zapewniać Cię, że wszytko będzie dobrze. Planować z Tobą wycieczki i chodzić na głupie zakupy do sklepu. Chcę robić z Tobą te wszystkie rzeczy jakie robi mąż z żoną. Tylko odpowiedz na jedno pytanie.

Nie czekając na dalszy zwrot wydarzeń brunetka wykrzyknęła głośne TAK na znak aprobaty.
******
Heii ;*
Przychodzę z nowym rozdziałem i dodaję troszkę więcej wyjaśnienia co działo się z Amy.
Mam nadzieję, że druga część również przypadnie Wam do gustu.
Zapraszam na mojego drugiego bloga--->KLIK
Bye ^^

wtorek, 10 marca 2015

ROZDZIAŁ 9

ROK PÓŹNIEJ.
Marco Reus mogłoby się zdawać, że w końcu rok po swym rozwodzie doszedł do siebie. Dopuszczał tą myśl do swojej głowy, iż już nigdy nie ujrzy Amy. Zaczął zapominać, wspomnienia nie stanowiły już bólu może tylko trochę żalu, że był tak naiwny, tyle czasu stracił. Bądź co bądź układał swoje życie na nowo, zrozumiał po raz kolejny, iż życie typowo męskiego kobieciarza nie ma sensu i pora postawić na poważny związek. Tym razem z większą dawką dystansu i ostrożności, gdy człowieka raz spotka przykra sytuacja powinien uczyć się na błędach. Ubierając swe ulubione jeansy i koszulę w kratę zapinaną na idealnie błyszczące guziczki zamknął dom wsiadając do swego Astona Martina. Blondyn lubił szybką jazdę toteż w miarę możliwości przyspieszył tempa by na czas zdążyć na umówione spotkanie. Usiadł do zarezerwowanego wcześniej stolika gdy do lokalu weszła młoda brunetka przypominająca z profilu Jego Amandę. Wróć. Jaką Jego? Przecież są już po rozwodzie i to parę miesięcy, nie powinien tak myśleć. Nie może sobie pozwolić na to, żeby każdą kobietę porównywać do Amy. Jego żona była zła, dwulicowa a być może dziewczyna która zasiądzie naprzeciwko Niego okaże się strzałem w dziesiątkę.
-Cassie?- zapytał i kulturalnie wstał podając towarzyszce swą dłoń. Podczas gdy dziewczyna z delikatnym uśmiechem pokiwała twierdząco głową poderwał się z miejsca by odsunąć Jej krzesło.
-Coś państwo zamawiają?- zapytał niespodziewanie kelner przerywając gościom wymianę spojrzeń. Dopiero teraz mieli okazję obejrzeć dokładnie menu toteż to zrobili i po krótkim namyśle na ich stoliku pojawił się szampan oraz łosoś w sosie pomarańczowym.
-Może opowiesz coś o sobie?- zapytał Marco przerywając kęs swego posiłku. Dziewczyna wyraźnie wydała się skrępowana obecnością gwiazdy Bundesligi. Najwyraźniej pierwszy raz styka się z osobą tak znaną w Niemczech. Nie wyglądało to na randkę dwojga zakochujących się osób. Bynajmniej. Była to raczej kolacja fanki ze swoim idolem.
Dziewczyna rumieniąc się przy każdym wypowiadanym słowie wciąż patrzyła w swój talerz. Reus wcale nie chciał tak od razu skreślać dziewczyny z listy kandydatek na ewentualną narzeczoną ale nie rokował sobie żadnych złudnych nadzieji więc gdy usłyszał sygnał swego telefonu Jego serce skoczyło pod niebiosa na myśl, że być może uda Mu się wybrnąć z tej nieudanej randki. Lecz gdy tylko spojrzał na wyświetlacz telefonu znieruchomiał. Nie miał pojęcia czy odebrać, patrząc nadal w ekran wyglądał niczym w ekstazie narkotykowej.
-Nie odbierzesz?- zapytała dziewczyna pierwszy raz spoglądając tego wieczora na blondyna. Marco ocucił się na chwilę by spojrzeć na brunetkę, to była wyjątkowo dziwna sytuacja i nie miał zamiaru rozmawiać w towarzystwie nieznajomej dotąd Mu osoby.
-Przepraszam, muszę na chwilę wyjść- stwierdził opuszczając stolik przy którym konsumowali jedzenie. Wyszedł na zewnątrz i gdy był już przy barierce przed lokalem dzwonek ustał swemu dzwonieniu. Z trzęsącą się dłonią nie wiedział co robić, zadzwonić? Nie zadzwonić? Jego były teść, tata Amandy przed chwilą telefonował. Po co? Przecież od dawna nie są już małżeństwem. Może coś się stało? A co Go to w ogóle obchodzi?- zadawał te pytania sam sobie lecz nie potrafił na Nie odpowiedzieć. Postanowił jednak ulżyć swojej ciekawości i zatelefonował do byłego teścia.
Pik, pik, piiiiik sygnał komunikował iż połącza się z mężczyzną, czekanie było najgorsze. Niczym tykanie bomby, która za chwilę miała wybuchnąć.
-Marco?- odezwał się ciepły, serdeczny głos już tak dawno nie słyszany przez młodego Niemca.
-Dzwonił Pan przed chwilą- schodząc na ziemię blondyn przycisnął swe ucho bardziej do słuchawki gdyż szum na ulicy był coraz bardziej uciążliwy.
-Muszę z Tobą porozmawiać. Koniecznie, przyjedziesz do mnie?- tata Amandy był wyraźnie czymś zdenerwowany. To było do Niego niepodobne gdyż to właśnie On po stracie żony musiał zaopiekować się dwoma córkami i nigdy nie pokazywał im smutnych emocji. A teraz był zaniepokojny, przerażony? Takie odczucia odebrał Marco.
-Przepraszam ale o co konkretnie chodzi?- zapytał rzeczowo Reus nie mając jakiejkolwiek ochoty na spotkanie face to face z Amandą. Przecież mogła tam byĆ prawda? W końcu to Jej dom rodzinny, a może znów tam mieszka? Wróciła z Afryki? Minął już rok od ich feralnego spotkania. Blondyn po chwili zdał sobie sprawę, że znów błądzi gdzieś daleko myślami i co gorsza po raz kolejny dotyczą one Jego byłej żony.
-Nie chcę tego mówić przez telefon, to bardzo ważne dla mnie. Błagam. Wiem, że między Tobą a moją córką już nic nie ma ale nie mam się do kogo zwrócić.- szepnął zrezygnowany oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi.
-Dobrze, zaraz będę- na jednym wydechu odparł Marco wciskając w swym telefonie czerwoną słuchawkę.
***
Powrócił do stolika dość sprawnym krokiem w celu wytłumaczenia sytuacji młodej Niemce.
-Przepraszam za zamieszanie. Wiem, że mieliśmy iść razem do kina ale niestety będę musiał zmienić plany. Dostałem ważny telefon i muszę się gdzieś zjawić. Podwieźć Cię gdzieś może?
-Nie, dziękuję. Mieszkam nieopodal, przejdę się.
-W takim razie miłego dnia- odparł wstając w kierunku wyjścia. Nie zostawił dziewczynie ani cienia nadzieji na ponowne spotkanie bo szczerze powiedziawszy nie za bardzo miał chęć ponawiać takiej znajomości, w której to On ciągle musiał mówić a druga osoba po prostu tylko słuchała i milczała. W oka mgnieniu dojechał pod dobrze już znany Mu adres i pierwszy raz od ostatniego tutaj pobytu zadzwonił do drzwi. Bądź co bądź nie był już rodziną tylko obcą osobą, we framudze stanęła Angie- siostra Amy z dzieckiem na rękach. Przez myśl blondyna przeszło, iż może Jego była żona się opamiętała i nie usunęła ciąży. Co jednak robi dziecko tutaj? A nie w Afryce? Może Amy tu jest?
-Wejdź Marco, tata czeka w salonie. To jest mój syn, poznaj Lucasa- przedstawiła maluszka całując Jego delikatne czółko.
Zdziwiony Marco poszedł wprost do pomieszczenia w którym Jego były teść siedział w bujanym fotelu i pił herbatę z sokiem malinowym. Bez większych ceregieli starszy mężczyzna gdy ujrzał blondyna rozkazał Mu usiąść nie wiedząc do końca co i jak ma powiedzieć.
-Nie powinienem Cie o nic prosić, wiem o tym. Zrozumiem jeśli odmówisz, gdyż Ty i Amy....to przeszłość. Ale nie mam się do kogo zwrócić. Po prostu nie mam- twardego jak dotąd mężczyznę zalała fala łez. Nie potrafił się uspokoić toteż Angie przyniosła paczkę higienicznych chusteczek podając jedną tacie.
-Coś się stało? - zapytał równie zaniepokojony Reus stanem psychicznym mężczyzny.

-Tak. Amy ma kłopoty i to poważne.
*********************
Hei ;*
Dodaję już dziś bo nie wiem jak w weekend z czasem u mnie będzie.
Mam nadzieję, że rozdział się podobał i nikogo nie zawiodłam.
Zapraszam na drugiego bloga----->http://zakazany-romans.blogspot.com/
Bye:*